Taniec, Paryż i powrót do Gliwic. Miasto przypomina fenomen Gerarda Wilka

Już pojutrze Gliwice upomną się o swoją zapomnianą legendę, gdy w Ruinach Teatru Victoria ruszy cykl „Wilk w ruchu – fenomen Gerarda Wilka” poświęcony wybitnemu tancerzowi lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. To rzadka okazja, by sprawdzić, dlaczego chłopak z regionu stał się symbolem epoki i podbił światowe sceny.

Od chłopaków z Bytomia po wielkie sceny świata

Wszystko zaczęło się w 1944 roku na Śląsku. Trzynastoletni wówczas Gerard Wilk trafił do szkoły baletowej w Bytomiu niemal przypadkiem, zaprowadzony tam przez matkę swojej szkolnej koleżanki Kariny Mickiewicz. Jak na standardy przyszłego zawodowca zaczął późno, ale szybko udowodnił, że ma wrodzoną muzykalność, miękkość ruchu i sceniczną charyzmę, których nie da się wyćwiczyć żadnymi potami na sali treningowej. Z czasem wyrósł na solistę Teatru Wielkiego, gdzie porwał publiczność jako Spartakus – wymagająca rola potrzebująca nie tylko perfekcyjnej techniki, ale też siły wyrazu i dramatyzmu. W tamtej dekadzie stał się twarzą polskiej kultury popularnej: tańczył z Krystyną Mazurówną do muzyki Beatlesów, występował w filmach Stanisława Barei oraz Andrzeja Wajdy i wchodził w świat raczkującej telewizji. W 1970 roku wyjechał za granicę, by przez jedenaście lat tańczyć w zespole Maurice’a Béjarta w Balecie XX Wieku, docierając na największe sceny globu. Karierę zakończył około trzydziestego siódmego roku życia, osiadając w Paryżu jako pedagog i reżyserując w 1994 roku „Wertera” w Teatrze Wielkim Opery Narodowej. Zmarł rok później w wieku pięćdziesięciu jeden lat, trzymając w paryskim domu śląskie pamiątki z rodzinnych stron.

Archivalne kadry i nieznane oblicze artysty

Centrum Kultury Victoria przygotowało program, który nie ma nic wspólnego z nudną akademicką stęchlizną. Już 25 września o godzinie siedemnastej w Ruinach Teatru Victoria przy alei Przyjaźni ruszy wystawa fotograficzna z archiwum Zofii Rudnickiej – wieloletniej przyjaciółki artysty, tancerki, choreografki i autorki jego biografii. Scenariusz i kuratelę wystawy przygotowały Zofia Rudnicka wraz z Magdaleną Kuleszą, a za kształt plastyczny odpowiada Krzysztof Kelm. Fotografie prowadzą przez całe życie artysty: od chłopięcych lat, przez warszawski teatr i ekrany kin, aż po intensywny okres pracy w zespole Béjarta. O godzinie dziewiętnastej tego samego dnia odbędzie się spotkanie z Zofią Rudnicką, a godzinę później widzowie zobaczą film „Podróż magiczna” z 1979 roku w reżyserii Andrzeja Wasylewskiego, z układami tanecznymi Rudnickiej i samym Wilkiem na ekranie.

Anatomia ciele i współczesna opowieść o tańcu

W kolejnych dniach uwaga widzów przeniesie się na ruch i współczesną interpretację dziedzictwa tancerza. 26 i 27 września o godzinie dziewiętnastej na scenie Ruin Teatru Victoria odbędzie się spektakl „Anatomia Wilka” w reżyserii Łukasza Błażejewskiego. W obsadzie znaleźli się Tomasz Sebastian Berg, Michał Przybyła oraz Alina Senik, a za kompozycję muzyczną odpowiada Sławomir Kupczak. Sześćdziesiąt pięć minut trwającego widowiska, przeznaczonego wyłącznie dla widzów dorosłych, to próba opowiedzenia o ciele artysty jako narzędziu sztuki, przedmiocie spojrzenia publiczności oraz o cenie, jaką płaci się za sukces w kulturze masowej. Twórcy sięgają po zachowane nagrania i ekspozycję, by przełożyć biografię na współczesny język choreografii.

Świadkowie epoki i powracająca pamięć

Finał całego cyklu zaplanowano na niedzielne popołudnie dwudziestego siódmego września. O godzinie piętnastej odbędzie się spotkanie z udziałem Zofii Rudnickiej, Krystyny Mazurówny oraz Piotra Nardellego, które poprowadzi dyrektor Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Bytomiu Elżbieta Mendakiewicz. Bliscy znajomi i partnerzy ze sceny opowiedzą o codzienności artysty, relacjach w środowisku i odwadze, z jaką Wilk pisał historię tańców tamtych dekad. Całość dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Taniec” Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca, przy honorowym patronacie Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Warto zajrzeć do Gliwic, by przekonać się, jak żywa potrafi być pamięć o dawnych mistrzach.

Reklama